KIEDY BYŁAM DZIEŁEM SZTUKI

wystawy

Jest taka powieść filozoficzna Erica Emmanuela Schmitta pod zbliżonym tytułem, ale nie będę jej tutaj recenzować. Choć jest to kuszące, bo w końcu główny bohater też na swojej drodze spotyka artystę i to – w sposób decydujący – zmienia jego życie. W zamian opiszę swoje doświadczenia z pracy na wystawie Laury Limy, zatytułowanej „Pokój i pół”, zaaranżowanej w Centrum Sztuki Współczesnej w Zamku Ujazdowskim.

Dla ścisłości – nie, nie jestem kuratorką (choć i ta, ciekawa postać, pojawi się w tej historii), jestem … częścią obrazu.

Laura Lima

Poznałam ją w holu głównym CSW, gdzie wymieniłyśmy kilka uwag po angielsku. Nie rozpoznałam w niej ani Brazylijki, ani światowej sławy artystki. Chociaż moją uwagę zwróciły różowe skarpetki założone do ciemnych sandałów (uznałam je za przejaw twórczej osobowości). Nie było w niej oczekiwanej przeze mnie frywolności, czy potrzeby adoracji, raczej koncentracja i pewien rodzaj dystansu. W czasie kolejnych spotkań Laura Lima opowiadała o swojej praktyce artystycznej, a chętnych zapoznała ze zrealizowanymi przez siebie dziełami. Lista współpracujących z nią instytucji jest imponująca. Wymienię tu kilka, moim zdaniem, najważniejszych: Instytut Inhotim, Muzeum Sztuki Współczesnej w São Paulo, Bonniers Konsthall w Sztokholmie, Muzeum im. Migrosa. Największe wrażenie zrobiły na mnie prace, które były odważne w formie lub/i wiązały się z dużymi wyzwaniami organizacyjnymi (The Naked Magician, 2015; The Inverse, 2016), albo te, które były po prostu zabawne (Man=flesh/Woman=felsh – FLAT, 1997; Gala Chickens, 2004/2011).

Na co dzień Laura mieszka i pracuje w Rio de Janeiro. Jest również współzałożycielką i doradczynią Galerii A Gentil Carioca. Tworzy w duchu performatywnym, choć nie lubi i unika określeń takich jak „performans” czy „instalacja” (o tym dlaczego tak jest – przeczytacie w rozmowie z Agnieszką Sosnowską, kuratorką wystawy w załączniku poniżej). Niemniej, pracujący przy tym projekcie uczestnicy wystawy, w tym ja, formalnie nazywani są performerami. Warto odnotować, że Laura używa słowa „participants”, a kuratorka mówi za nią „uczestnicy”.

Fragment wystawy, ręka po prawej stronie należy do Karoliny Grabowskiej-Garczyńskiej. Fot. Bartosz Górka (materiały prasowe CSW)

 

Czyje to kończyny, czyli kim są performerzy?

Kiedy pojawiłam się w Zamku Ujazdowskim okazało się, że współpracownicy byli już skompletowani. Na otwarty casting zgłosiło się sporo ludzi z Warszawy i okolic, artystka bowiem zawsze wybiera uczestników z miejsc, w których aktualnie wystawia swoje prace. W czasie rozmowy przez Skype’a wskazała na te osoby, które nie tylko zrozumiały jej zamysł, ale rzeczywiście były zainteresowane tą konkretną praktyką i nie przeszkadzało im to, że publiczność będzie oglądać tylko ich ucho czy rękę, a nie całą sylwetkę lub twarz. Historie poszczególnych performerów poznałam dopiero później. Choć nie wszyscy są zawodowcami, to jednak większość związana jest ze sztuką: rysownicy, plastycy, historycy sztuki, aktorzy…. Ich wyczucie i zrozumienie ciała jest wyraźnie większe niż moje, skromnej antropolożki. Okazało się jednak, że również i ja mogę przeżyć kolejną przygodę w świecie sztuki.

Fragment wystawy. Fot Bartosz Górka (materiały prasowe CSW)

Widz na wystawie „Pokój i pół”

Nie będę opowiadała wam o wystawie (lepiej ode mnie zrobią to fachowcy), po prostu przyjdźcie i doświadczcie tego sami. Zachętą niech będą słowa wspomnianej Agnieszki Sosnowskiej, która zdradziła mi, że punktem wyjścia dla Laury były dwie struktury – snu i filmu. Faktycznie, zwiedzający jest postawiony w trochę zaskakującej, niedopowiedzianej sytuacji, kiedy nie bardzo wiadomo gdzie jest: czy jest to nocny bar z drinkami, palarnia czy środek koszmaru nocnego? Z drugiej strony mamy przeskoki atmosfery jak w filmie – jasna i doświetlona część wystawy kontrastuje z pustą i ciemną, niepokojącą salą. Nie ma też logicznego przejścia między nimi. Zdaję sobie sprawę, że widz nie ma łatwego zadania, dlatego jego reakcje choć często śmieszą, rzadko dziwią.

Bycie dziełem sztuki wiąże się z różnymi sytuacjami – jedni nas dotykają, inni tylko komentują i próbują nawiązać relacje. Kuratorka zwraca uwagę, że bawi ją dotykanie „eksponatów” w sposób, w którym widz udaje, że ta druga osoba (performer) tego nie czuje. Dostrzega w tym potrzebę przywrócenia hierarchii, którą w swojej pracy próbuje złamać artystka. Nas to i rozśmiesza i złości. Jest to zabawne, bo zwiedzający faktycznie nie wierzą, że mają do czynienia z ludźmi. Kiedy raptem poruszymy się – potrafią krzyknąć lub przekląć. W ostatnim tygodniu pocałował mnie w łokieć młody chłopak z Hiszpanii, koleżanki często są gilgotane. Najbardziej ciekawskie są oczywiście dzieci, które zaglądają do „dziurek” i próbują rozmawiać. Dorośli częściej narzekają do obsługi, że „kończyny nie chcą wchodzić w interakcje”. Z kolei, niepokój budzą w nas sytuacje, których nie możemy kontrolować: ktoś wyrywa nam drinka, żeby się napić (skoro na wystawie można zapalić, to czemu nie spróbować i alkoholu? – nie! Tego nie róbcie! Chociaż faktycznie alkohol jest prawdziwy), przydeptuje rękę z kluczem lub krzyczy do ucha. Niektórzy się o nas martwią, że cierpimy… otóż nie, często gdy widzowie nas „podziwiają” – my w tym czasie czytamy, słuchamy muzyki lub oglądamy najnowsze produkcje na Netflixie.

Fragment wystawy. Fot. Bartosz Górka (materiały prasowe CSW)

Kiedy przychodzę do pracy zdarza się, że zwiedzający są już na wystawie. Przez bardzo krótki czas denerwowałam się, gdy wpatrywali się we mnie jak w kosmitkę, kiedy wchodziłam/wychodziłam do/z przestrzeni zarezerwowanej dla performerów. Kilka razy w takiej sytuacji zostałam zagadnięta. Zadawane pytania pozwoliły mi zrozumieć jak nieoczywista jest ta sytuacja. By rozwiać tę aurę zdradzę wam kilka naszych sekretów.

Pierwszy dotyczy tego, że nie jesteśmy robotami, a więc się męczymy, dlatego nasza koordynatorka wprowadziła rotację – o pełnych godzinach możecie zobaczyć jak zmieniamy swoje stanowiska. By wszystko działało sprawnie i byśmy nie biegli do jednego miejsca, kolejność stanowisk jest ustalona odgórnie. Oczywiście czynnik ludzki sprawia, że niektórzy z nas anarchistycznie wymieniają się z innymi. A to dlatego, że…

Mamy swoje ulubione miejsca pracy – jedni lubią siedzieć z drinkiem w dłoni, inni wolą interakcje z widzem w sali z kluczem, ci co nie palą – potrafią tygodniami unikać „palarni”. Poza tym – nie ukrywajmy tego – zdarza nam się spożywać posiłki i niektóre stanowiska lepiej się do tego nadają, a inne mniej.

Kolejną tajemnicą, którą mogę zdradzić, jest to, czego widz prawdopodobnie nigdy nie zobaczy. Dzieje się to bowiem z „drugiej strony” wystawy (w  połówce piątego pokoju;)). Wspominałam już, że performerami są humaniści. Sztuka wyzwala w nich pokłady kreatywności, co objawia się artystycznymi reakcjami – rysunkami na ścianach, dowcipnymi komentarzami, odpowiednio dopasowanymi do sytuacji lub stanowiska. Najwięcej skojarzeń budzą alkohole i „ściereczka”, ale również w „dark roomie” (pokój z kluczem, w którym jest bardzo ciemno) można odczytać cytaty z Dziadów („ciemno wszędzie….”).

Jeśli chcecie odkryć więcej tajemnic wystawy Laury Limy „Pokój i pół” zapraszam – pospieszcie się, bo wrzesień jest ostatnim miesiącem, w którym będzie to możliwe 🙂

Poniżej w załączniku moja rozmowa z kuratorką wystawy – Agnieszką Sosnowską.

kgg

zdjęcie główne: materiały prasowe CSW. Fot. Bartosz Górka

Załączniki

2 uwagi do wpisu “KIEDY BYŁAM DZIEŁEM SZTUKI

    1. Jeśli weźmiemy pod uwagę perspektywę widza to pusty pokój przed salą z kluczem jest zaciemniony. Nie jest to przypadek! Laura to zaprojektowała jako pewną całość.
      Pisałam również o tym z perspektywy performera – dla nas najbardziej mroczny, pozbawiony światła jest właśnie pokój z kluczem, tzw. „dark room”. (KGG)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.